

Jakiś tydzień przed przyjściem dużego roju robiliśmy przegląd rodzin w sanatorium. Trochę nas zdziwiło, że rójka od Gosi miała mateczniki rojowe. Takie młode rodziny rzadko się roją, raczej skupiają się na rozwoju i przygotowaniu do zimy. Rój od Gosi nie odbudował dopiero osiem ramek, dwie kolejne zaczął odbudowywać, ale jakoś z odbudową się zatrzymał. Zakładaliśmy, że jest to spowodowane faktem oczekiwania przez rodzinę na młode pszczoły, kiedy te się wygryzą będzie potrzeba więcej miejsca. Póki co, w ulu było pszczoły tyle ile powinno być, był młody czerw, zapas miodu, więc nic nie wskazywało na to, że rodzina się wyroiła.
Wieczorem nad pasieczyskiem pojawił się mały rój… Pomyśleliśmy, że może chcieć się osiedlić w naszym ulu, ale rój powoli zaczął oddalać się od sanatorium. Ruszyliśmy w pogoń! Rój osiedlił się w dziupli drzewa na pobliskiej górze. Dobrze, że tak blisko, bo mógł przelecieć kilkanaście kilometrów w poszukiwaniu nowego domu.
Po powrocie na naszą działkę sprawdziliśmy dokładnie rójkę od Gosi. Okazało się, że nie ma w niej matki… Pan Stasiu doniósł nam, że w leszczynach nad jego domem cos dziwnie szumiało poprzedniego dnia. Marcin znalazł miejsce, miejsce o którym mówił Pan Stasiu, ciągle jeszcze kręciły się tam pojedyncze pszczoły. Wszystko więc wskazywało na to, że to jednak wyroiła się rodzina Gosi…
Czy się zmartwiliśmy? Nie bardzo, rójka od Gosi rozwijała się wedle własnego uznania, rzadko do niej zaglądaliśmy, głównie dokładając puste ramki, kiedy zaczynało jej brakować miejsca. To że wyszedł z niej ponowny rój, nie wpłynęło negatywnie na kondycję rodziny, co oznacza, że pszczoły te mają dobre geny. Jednocześnie nie są to łatwe pszczoły do współpracy – nie były zbyt łagodne, a raczej dzielnie broniły gniazda, kiedy do nich zaglądaliśmy. Pszczoły, które chętnie się roją i nie są łagodne, to pszczoły o cechach najmniej lubianych przez pszczelarzy, bo same z nimi problemy. A my (a przynajmniej Konrad) takie lubimy, mamy podejrzenia, że właśnie takie pszczoły są w stanie poradzić sobie same – mają wolę walki, chęć podbijania świata i się nie boją – możliwe więc, że i z chorobami jakoś lepiej sobie radzą.
Teraz będziemy obserwować rój w nowym domu, jeżeli przetrwają do kolejnej wiosny, mamy nadzieję, że wzbogacą pulę genów w okolicy. Sami hodujemy matki pszczele i stawiamy na naturalne unasiennianie, kto wie, może trutnie z tej rodziny z dziupli dodadzą odporności naszym pszczołom w przyszłości!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz